Zaraza Jerzego Ambroziewicza: fascynujący portret Wrocławia zmagającego się z epidemią czarnej ospy [RECENZJA]

Jerzy Ambroziewicz, Zaraza
Fot. Łukasz Stańczyk

Zaraza Jerzego Ambroziewicza to genialna książka i chwała Wydawnictwu Dowody na Istnienie za to, że zdecydowało się ją przypomnieć czytelnikom. Reportaż czyta się z takim samym zdumieniem i zaangażowaniem jak „Dżumę” Alberta Camusa. Książki te łączy nie tylko tematyka, ale również portret psychologiczny społeczeństwa w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Zaraza to kawał potężnej literatury.

Półmilionowe miasto odcięte od świata. Bez specjalnej przepustki nie można do niego wjechać ani wyjechać. Pustoszeją kawiarnie. Pustoszeją kina. Mieszkańcy zamykają się w domach. Ze strachem patrzą na sąsiadów, którzy pracują w służbie zdrowia. Po ulicach przemykają karetki z lekarzami ubranymi w białe skafandry. To nie jest scenariusz filmu, ale fabuła Zarazy Jerzego Ambroziewicza, książki opowiadającej o mało dziś znanej epidemii ospy prawdziwej we Wrocławiu w 1963 roku.

Epidemie nas przerażają, ale i fascynują. Na przestrzeni epok zarazy dżumy, cholery, tyfusu, ospy, hiszpanki i innych groźnych chorób zabrały miliony istnień ludzkich. Jest coś osobliwie pociągającego w historii chorób dziesiątkujących populację. Wiedzą o tym reżyserzy, wiedzą i pisarze. Dziennik roku zarazy Daniela Defoe, Dżuma Alberta Camusa, Nosorożec Eugene Ionesco, Miasto ślepców Jose Saramago to tylko kilka literackich tytułów opisujących epidemie. Wśród tych wszystkich wielkich książek mamy swoją wielką książkę, Zarazę Jerzego Ambroziewicza, opowiadającą o ostatniej wielkiej epidemii ospy w Polsce.

„Lekarze i pielęgniarki jakby się mnie bali”

Książka Ambroziewicza wstrząsa czytelnikiem nie tylko dlatego że jej akcja dzieje się na naszym rodzimym gruncie. Czytelników przyciąga sposób budowania opowieści. Rozpoczyna się od historii młodej pielęgniarki, która nagle zaniemogła z powodu dziwnej choroby. Niby nic wielkiego jej nie jest, ale jej stan z godziny na godzinę się pogarsza. Wkrótce kobieta umiera. Lekarze głowią się, dlaczego zmarła w tak młodym wieku. Nie wiedzą, jaką postawić diagnozę, wpisują więc do dokumentów białaczkę. Ale wkrótce choruje kolejna osoba. I następna. Miasto zostaje postawione w stan pogotowia, rozpoczyna się walka z czasem, by zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby. Największym plusem tej książki jest koncept – Zaraza nie jest bowiem czystym reportażem, ale fabularyzowanym reportażem, w którym autor skupia się nie na samej epidemii, lecz na pokazaniu jednostek próbujących za wszelką cenę zdusić chorobę.

Czytelnik poznaje łańcuszek osób zaangażowanych w walkę z chorobą. Bohaterów o niezwykłej determinacji, sile i odwadze, w pocie czoła pracujących przy powstawaniu izolatoriów, do których przewożono osoby, mające kontakt z chorymi. Wśród nich wyróżnia się Bogumił Arendzikowski z Miejskiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej, ale nie jest on głównym bohaterem. Książka właściwie go nie ma – z kalejdoskopu postaci Ambroziewicz wyłuskuje kilka osób, pozwalając czytelnikowi przyjrzeć się im bliżej. Ten celowy zabieg autora pokazuje, że w walce z zarazą liczyła się zbiorowość, siła grupowa, mimo że oczywiście niektóre osoby były bardziej zaangażowane w prace i epidemia ma kilku bohaterów.

Jerzy Ambroziewicz, Zaraza

Fot. Łukasz Stańczyk

Ciężko nam dziś sobie wyobrazić, jak olbrzymią pracę oni wykonali. W izolatoriach nie było niczego (nawet termometrów!). Cały czas zastanawiam się, jakim cudem w takich warunkach i w obliczu tak rażącego braku sprzętu i ludzi (z braku lekarzy do selekcjonowania chorych oddelegowano sprzątaczkę) udało im się opanować zarazę. Łącznie odizolowano w izolatoriach prawie 2 tysiące ludzi, którzy byli narażeni na kontakt z chorymi. Lekarze musieli zajmować się organizowaniem pościeli, sztućców, kotłów do gotowania i jedzenia. Trzeba mieć na uwadze w jakiej epoce powstała ta książka, jednak pomimo tego Ambroziewicz wysnuwa oczywisty wniosek, że w obliczu zagrożenia Polacy są ponad podziałami.

Interesująca jest również wielość postaw bohaterów w obliczu choroby. Autor prezentuje różnorodność ludzkich zachowań – poczynając od wyparcia, przez lęk i strach, determinację, aż po… ciekawość. Mieszkańcy wsi, obok której stworzono izolatorium, byli tak przerażeni tym faktem, że tworzyli kolejne niesamowite historie. Niektórzy sądzili, że dym z kominów izolatoriów oznacza… palenie zwłok. Nie przeszkadzało im to jednak przesiadywać na murze i bacznie obserwować, co dzieje się po drugiej stronie.

Pustka ożeniona z ciszą

Zaraza Ambroziewicza nie poddała się upływowi czasu. Dzięki dynamice języka i zwięzłości w budowaniu zdań, tę książkę czyta się szybko i sprawnie, tak jak dobry kryminał czy wciągającą powieść. Autor oddaje głos bohaterom i podąża za nimi, śledząc walkę z ospą. Ma przy tym dar do oddziaływania na wyobraźnię czytelnika. Te jego zdania: „Żar wypalał stare mury wrocławskich kamienic i suszył tynki nowych bloków” (str. 5), „Po urwaniu głowy, jakie od rana panowało za murem, nastąpiła nagle pustka ożeniona z ciszą” (str. 53).

Warto wiedzieć, że na temat epidemii ospy prawdziwej we Wrocławiu powstały jeszcze inne książki, m.in. Szczury Wrocławia Roberta J. Szmidta czy Żołnierze grzechu Andrzeja Ziemiańskiego oraz film Zaraza Romana Załuskiego, do którego Jerzy Ambroziewicz napisał scenariusz.

Jerzy Ambroziewicz, Zaraza
Wydawnictwo Dowody na Istnienie

  • Ani o książce, ani o zarazie jak dotąd nie słyszałem. Albo też po prostu z pamięci dawno mi uciekło. „Dżuma” była jedną z moich ulubionych lektur – w liceum zrobiła na mnie spore wrażenie. Po tę też chętnie bym sięgnął.