Młoda mama i książki, czyli jak pogodzić macierzyństwo z blogowaniem

Fot. Łukasz Stańczyk

Sobotnie popołudnie. Z dużą filiżanką brzoskwiniowej herbaty z miodem (o matko, jakie to dobre!!!) zwijam się na kanapie. Mogłabym wziąć koc i książkę, ale zamiast tego na kolanach kładę laptopa. To dobry dla mnie dzień – mały dziś nie dokazuje, bawi się w łóżeczku swoim szumisiem, a ja mam chwilę dla siebie. Po czterech miesiącach doszliśmy do etapu, kiedy jest w stanie sam się sobą zająć chociaż na chwilę. O Boże, jakie to wspaniałe! 😀

Napisałam już duży, merytoryczny wpis, ale nie mam nastroju, żeby go publikować. Może to i lepiej – tekst poleży, dojrzeje, co tylko wyjdzie mu na dobre. A ja dziś mam ochotę z wami porozmawiać 🙂 Przygotujcie sobie kubek parującej herbaty, rozsiądźcie się wygodnie i spędźmy razem kawałek tego popołudnia. Opowiem wam, jak to u mnie jest teraz z czytaniem książek, gdy całe moje życie stanęło na głowie.

„Urodzisz i skończy się to twoje czytanie”, „no, to teraz zacznie się PRAWDZIWE życie” – znacie to? 😀 Nie pamiętam nawet ile razy usłyszałam to w ciąży. Wiedziałam, że osoby, które to mówiły (mimo ironicznych uśmieszków) nie robiły tego złośliwie. Zdawałam sobie sprawę, że po narodzinach syna nie będę miała tyle czasu na czytanie, co wcześniej. Ale myślałam, że jakoś to będzie, że wiele zależy od podejścia, a przy dobrych chęciach wszystko da się pogodzić. I rzeczywiście mniej więcej tak jest, chociaż nie byłam świadoma, ile trudu będzie mnie to kosztowało.  Świadczą o tym wory pod oczami, którym niewiele już brakuje do osiągnięcia głębokości Rowu Mariańskiego 😉 Tak swoją drogą, muszę chyba napisać do producentów korektorów pod oczy, że te ich produkty są dobre może dla modelek, ale nie dla normalnych kobiet, które miesiącami śpią na półsiedząco po 2-3 godziny na dobę.

„Co piszesz?” – zagląda mi zza pleców mąż. „Tak się zwierzam”. „Pokaż?”. „Później”. „A ile będziesz pisać?” – zasypuje mnie pytaniami to ciekawskie stworzenie. Zastanawiam się, czy nie przenieść się z laptopem do sypialni, ale tam czeka na mnie drugie, nie mniej ciekawskie stworzenie…

Ciąża była wspaniałym czytelniczo czasem. Całe lato wylegiwałam się z książkami na leżaku. Achh, cóż to były za piękne miesiące 🙂 To był też świetny czas dla bloga, bo mogłam skupić się tylko na nim. Przeprowadziłam wtedy kilka wywiadów, na których bardzo mi zależało, rozpoczęłam ciekawe projekty. Efekty codziennej pracy przyszły szybko, pojawiły się słowa uznania z waszej strony (dziękuję, nie ma większego kopa motywacyjnego!!!), na maila spływały kolejne propozycje. To wszystko zachęcało mnie do dalszego rozwoju i sprawiało, że mimo coraz bardziej ciążącego brzucha, toczyłam się na kolejne rozmowy. A uwierzcie, w te upały nie było to łatwe 😀

„O mnie coś piszesz?” – dopytuje niestrudzenie i przybliża się na kanapie, próbując zajrzeć w ekran. Ha, żebyś wiedział!

Nie chciałam, żeby po porodzie blog stracił tempo rozwoju. Przygotowałam się na moment narodzin, planując wpisy na kilka tygodni do przodu. Taka byłam sprytna 😛 To sprawiło, że do ostatniego dnia do porodu czytałam i pisałam jak szalona, bliscy pukali się w głowę po co to robię („czyś ty całkiem zwariowała”), ale nie chciałam was zawieść. Poza tym lubię to robić, Wokół faktu to takie moje pierwsze dziecko i nie chciałam go zaniedbywać. Mam nadzieję, że się udało, że nie odczuliście, że coś się zmieniło.

No cóż, a w moim życiu zmieniło się wszystko. Nie mogłam przygotować się na to, co nastąpi później, bo czasem życie pisze scenariusze, które zwalają z nóg. Nas zwaliło. Najważniejsze, że już wróciliśmy do normy i możemy układać sobie codzienność na nowo. A było z czego układać, kiedy jadło się śniadanie o 16, a o 2 w nocy po kilkunastu godzinach (serio – kilkunastu) wychodzenia z siebie i uspokajania wrzeszczącego wniebogłosy malucha, następowała chwila spokoju. Nie wiedziałam wtedy, co mam robić: jeść, spać, sprzątać? „No, możesz teraz zająć się sobą” – mówił zadowolony mąż. A ja miałam ochotę rozpłynąć się w powietrzu. Moim problemem jest to, że jestem perfekcjonistką, więc najczęściej w środku nocy jednak biegałam po mieszkaniu i ekspresowo sprzątałam, prałam, ogarniałam.  A wory pod oczami się powiększały.

„Ale zanim opublikujesz to przeczytam?” – słyszę za uchem. O litości, co mnie kiedyś podkusiło, żeby wpuścić go na swoje blogowe poletko?!

Trafiło nam się żywiołowe i wymagające uwagi dziecko. W dodatku dziecko kolkowe, więc każda mama, która przechodziła codzienne płacze, wie o czym mówię 😉 Ale wszystko kiedyś mija, więc przetrwaliśmy, tyle że dziś mamy trochę więcej siwych włosów na głowie (gdy ze zgrozą znalazłam jeden i pokazałam go Łukaszowi, ten mnie załamał, mówiąc: „już dawno go widziałem”). A jak jest u mnie teraz z czytaniem? Najczęściej czytam, gdy mały ćwiczy w łóżeczku albo na macie oraz gdy zalicza krótkie drzemki w dzień. Z tygodnia na tydzień mam wolnych chwil coraz więcej. Nauczyłam się też czytać w nocy, w czasie usypiania synka. Zaczęłam nawet celebrować te chwile – godzina 1, 2 w nocy,  za oknem mróz, światła pogaszone, cała okolica śpi, kot mruczy przez sen, a ja siedzę pod kocem z czytnikiem. Czujecie ten klimat? 😀

Nad blogiem pracuję na raty. W dzień odpowiadam na maile i odpisuję na wasze wiadomości, a gdy popołudniami chłopcy zajmują się sobą, ja mogę coś napisać. W nocy planuję kolejne materiały, bo tylko wtedy codzienny kierat zwalnia, a ja mogę się wyciszyć i pomyśleć. No, czasem potrafię podczas przewijania wołać męża do sypialni i z ekscytacją opowiadać mu, na jaki właśnie genialny pomysł wpadłam 😉 I jakoś to się kręci. Czasem, gdy po ciężkim dniu dziecko w końcu zasypia, ja padam na twarz, a Łukasz mówi, żebym wykorzystała tę chwilę i coś napisała, mam ochotę najpierw go zabić, a później rzucić to wszystko w cholerę. Ale zaraz mi przechodzi i najczęściej dokładnie tak robię – piszę 😉

Oczywiście, jestem mniej mobilna niż kiedyś, z niektórych projektów musiałam zrezygnować, inne odłożyć w czasie. Nigdy jednak tego nie żałowałam, bo bycie mamą jest najpiękniejszą i najfajniejszą rolą, jaką przygotowało mi życie. Ciągle wierzę też, że wszystko da się pogodzić, choć jest to trudniejsze. Synek zaliczył już swój pierwszy wywiad, kiedyś będziemy mu o tym opowiadać.

A wy kiedy najczęściej czytacie książki?

  • Podziwiam, że udało Ci się to pogodzić, bo zazwyczaj mamy poza opieką nad dzieckiem nie maja juz na nic innego sił. Poczytać jeszcze by sie dało, ale już z pisaniem gorzej 🙂

    • Wokółfaktu.pl

      Chyba wszystko zależy od nastawienia. Mogłabym siedzieć i płakać, jaka jestem niewyspana, zmęczona i zamknięta w domu, a mogę też wykorzystać produktywnie ten czas i poprawić sobie samopoczucie 😉 Mam jeszcze kilka aktywności i codziennych zobowiązań poza blogowaniem (projekty, w które jestem zaangażowana i m.in. od niedawna regularne ćwiczenia, czyli coś dla umysłu i coś dla ciała), a mój plan dnia zwykle jest szczelnie wypełniony i może w tym tkwi klucz 😉 Po prostu nie mam czasu na rozmyślanie o tym jak dużego kozła wywinęło moje życie 😛

  • Niespodziegadki

    A my myślałyśmy, że nam jest ciężko i musimy się sporo nakombinować, żeby przeczytać i napisać! Brawo, mamo-bohaterko 🙂 Piękny przykład na to, że macierzyństwo choć wymaga świetnej logistyki, nie musi oznaczać rezygnacji z czytania.

  • Przewijanie, nieprzespane noce… Ech, jak to dawno temu było ;P U mnie szaleje sześcio(ipół)latek i trzylatek, więc jeśli chodzi o noce jest lepiej, ale za to dnie zaabsorbowane w pełni. Choć i w zasadzie nie było wtedy wcale aż tak źle. Jeśli chodzi o kolki, to mocno współczuję – ja mam trzy młodsze siostry, najmłodsze to bliźniaczki i obie były bardzo kolkowe, a mieszkaliśmy wtedy jeszcze w wielkim pokoju z kuchnią…

    A czytam głównie w komunikacji miejskiej, czasem wieczorami. Ze starszymi dochodzi odkrywanie tego, jak świetne książki dla dzieci są teraz wydawane. Perełek wiele.