Misja helikopter Simone Moro, czyli 3 powody, dla których czasem lepiej ugryźć się w język

Simone Moro, Misja helikopter

Misja helikopter Simone Moro to książka, którą czytałam z szeroko otwartymi oczami. Pełna zarzutów wobec środowiska alpinistycznego i ratownictwa górskiego, podejrzeń i pretensji, ataków na ludzi, którzy krytykowali plany autora. To książka, która pokazuje, dlaczego czasem lepiej jest po prostu nie pisać.

To nie jest dobra książka, mimo że mogła taką być. Gdyby rzecz dotyczyła tylko idei budowy ratownictwa górskiego w Himalajach, problemów, jakie piętrzą się przed każdym, kto marzy o pomaganiu innym w najwyższym masywie świata – to by taką była. Ale Moro załatwia tą książką wiele prywatnych spraw. Czy naprawdę w dzisiejszych czasach, mając pozycję i znane nazwisko, można pisać co ślina na język przyniesie?

Simone Moro to postać nietuzinkowa. Wybitny himalaista, który zdobył osiem ośmiotysięczników, w tym cztery zimą. Wspinał się m.in. ze znakomitym rosyjskim wspinaczem Anatolijem Bukriejewem, wokół którego narosło tyle kontrowersji po tragicznej wyprawie z 1996 roku, która pochłonęła życie dziewięciu wspinaczy; wspinał się również z nieżyjącym już świetnym polskim himalaistą Piotrem Morawskim. Alpinistycznych zasług nie sposób mu odmówić, zwłaszcza że to on został odznaczony przez UNESCO nagrodą Fair Play za uratowanie brytyjskiego alpinisty Toma Mooresa. W ostatnim czasie znów było o nim głośno – na przełomie 2015 i 2016 roku wszedł na niezdobyty zimą szczyt Nanga Parbat (tylko patrzeć aż napisze o tym książkę).

Simone Moro ma wiele energii i wybiega wzrokiem w przyszłość, dlatego jeszcze w czasie swojej kariery wspinacza zaczął zastanawiać się nad tym, czym chciałby się zajmować w najbliższych latach. Doszedł do wniosku, że pasjonują go helikoptery i że chciałby latać, a konkretnie stworzyć pogotowie ratunkowe w Himalajach. Pomysł fantastyczny, choć inni nie dawali Moro szans na realizację planu. Musiał przecież ukończyć szkołę pilotażu, zdać egzaminy, zrobić kilka wymaganych licencji. A później nawiązać kontakty w branży, kupić helikopter, zatrudnić pilotów. Kosztowało go to dużo pracy i jeszcze więcej pieniędzy. Mam wrażenie, że ta książka powstała właśnie po to, by wypełnić dziurę finansową, w jaką wpadł autor. Sam zresztą o tym pisze – że pieniądze ze spotkań autorskich, książek i od sponsorów były mu potrzebne do realizacji życiowego marzenia. I że realizując je, wpadł w pętlę finansową, więc liczył, że pieniądze z kolejnej książki pozwolą mu się z niej uwolnić.

Trywialny język

Nie byłoby to problemem, gdyby książka była dobra. Ale taka nie jest, bo Moro pisze w niej o wszystkim i o niczym. Rozpoczyna się od dywagacji, kiedy zainteresowały go helikoptery – czy było to jeszcze w dzieciństwie, czy może później. A może przyśnił mu się helikopter? Dalej wcale nie jest lepiej. Autor opowiada o swoim nowym pomyśle na życie, wyprawach wysokogórskich, o tym, co dzieje się w środowisku alpinistów, o życiu prywatnym, nowych znajomych… Wątków, które porusza, jest bardzo dużo, przez co można odnieść wrażenie, że jest to bezkształtny zapis wydarzeń z danego okresu czasu. I jeszcze ten język! Bardzo pospolity, prosty, miejscami ordynarny. „Odebrał po dwóch dryndnięciach”, „zrobił na mnie wrażenie bardzo konkretnego typa” (str. 34). Tak można napisać do kolegi na Facebooku, ale nie w książce.

Simone Moro, Misja helikopter

Fot. Łukasz Stańczyk

Pranie brudów i ataki na środowisko

Nie wiem, jaki jest sens zamieszczania w książce opinii na temat sąsiadów. Jaki jest związek sąsiada przyjaciela autora z nim samym? A tymczasem wątek ten pojawia się w kilku miejscach w Misji helikopter. Moro pisze, że sąsiad próbował uprzykrzyć im życie, bo denerwował go dźwięk uruchamianego helikoptera. Pisze, że ten „wyklął go i stwierdził, że jest głupi” i że po całym zajściu poinformował przyjaciela, że „chory miał atak”. Czemu ma to służyć? Takich zarzutów i pretensji jest więcej. Padają pod adresem kolegów ze środowiska alpinistycznego i tych z ratownictwa („nauczyłem się rozpoznawać drwiące uśmieszki i złośliwe gesty wykonywane za moimi plecami”, str. 120). Moro atakuje Johna Krakauera za wydarzenia z 1996 roku (Krakauer w książce Wszystko za Everest opisał zachowanie Anatolija Bukriejewa, któremu niektórzy zarzucali, że powinien zrobić więcej, by uratować innych wspinaczy; że zachował się jak klient komercyjnej wyprawy, a nie jak przewodnik). Nie opisuje jednak dokładnie o co chodzi, więc jeśli ktoś nie zna kontekstu, to nie będzie wiedział, czego dotyczą te zarzuty.

Podobnie zachowuje się pod koniec książki, gdy wywleka na wierzch awanturę z Szerpami, w jakiej uczestniczył w 2013 roku. Nie powinien tego robić, bo razem z innymi wspinaczami zawarł z Szerpami porozumienie, zgodnie z którym nie będą opowiadać o tej historii mediom. Tymczasem on łamie tę umowę, pisząc o tym w książce. Po co to robi? Szerpowie przecież nie będą mogli się obronić. O bijatyce do jakiej doszło na wysokości 6500 metrów pisze w sposób mętny (znów nie znając kontekstu, nie domyślimy się, co ma na myśli autor): „Nie chcę ponownie przeżywać tej historii (…) Nie chcę dyskutować o tym, kto co musiał czy mógł zrobić, co wiedział, a co mówił. To mnie nie interesuje” (str. 171). Mimo że podkreśla, że nie chce o tym mówić, poświęca temu wydarzeniu kilka stron w książce. Używa przy tym słów „durni Szerpowie”. Na coś takiego nie ma usprawiedliwienia. Moro także wielokrotnie opisuje, jak strasznie uprzykrzają mu życie włoscy urzędnicy i jak wspaniale żyje się w Stanach Zjednoczonych.

Teoria spiskowa i samozachwyt

Niektóre fragmenty książki wywołują uśmiech na twarzy. Autor szerzy teorie spiskowe, z których wynika, że niemal wszyscy byli przeciwni jego pomysłowi stworzenia pogotowia ratunkowego w Himalajach. Wyśmiewali go albo rzucali mu kłody pod nogi, a on przez nie brnął, niczym heros. W wielu miejscach zachwyca się samym sobą, pisząc, że nie można go złamać, że jak sobie coś postanowi to dobrnie do celu. Pisze patetycznie, osiągając groteskowy efekt.

Szybko odkryłem, że środowisko pilotów jest bardzo zamknięte, nastawione na rywalizację, prowincjonalne i skłonne do szybkiego chłodzenia przejawów entuzjazmu lub nawet gorzej, do ignorowania innowacyjnych pomysłów. Sprawdzony alpinista deklarujący chęć latania śmigłowcami w Himalajach stawał się idealnym obiektem pogardy i plotek.

I to właściwie powinno wystarczyć. Nie wiem o czym jest ta książka. Mam za to wrażenie, że Simone Moro stał się swoim własnym wrogiem – pod presją czasu i dla pieniędzy napisał coś, co rzeczywiście nie będzie przyjęte zbyt entuzjastycznie i stanie się obiektem pogardy oraz plotek.

Simone Moro, Misja helikopter
Wydawnictwo Agora, 2017

Czytaj także:

Czytaj także inne recenzje:

Czytaj także wywiady:

  • Katastrofa. Domyślam się, że tematyka górska jest teraz u nas na tyle popularna, że wydawcom opłaca się sięgać nawet i po tak marne pozycje. Szkoda.

    • Wokółfaktu.pl

      Bardzo się rozczarowałam tą książką. Ale inne Moro podobno również są kiepskie… Najwyraźniej autor po prostu nie ma talentu literackiego. Liczę, że Bielecki będzie lepszy. Czytałam wywiad w DF i bardzo ciekawie opowiada 🙂

  • Ja właśnie wrzucam recenzję u siebie 🙂 Nie byłam aż tak surowa, choć generalnie zgadzam się ze wszystkim, co napisałaś. Mnie jednak na tyle ucieszyło w ogóle zagadnienie ratownictwa wysokogórskiego, że starałam się zigorować spiskowe i chwalebne zapędy autora. Wyciągnęłam to, co wartościowei cenne dla mnie, o reszcie chcę szybko zapomnieć 🙂 Ale „Zew lodu” Moro podobał mi się. Choć nie jest też tak porywający, jak niektóre górskie książki potrafią być, to jest tam wiele ciekawych spostrzeżeń. Moro prezentuje ładne podejście do gór i spełniania marzeń. Teraz tylko zaczęłam się zastanawiać – który Moro jest prawdziwy?