Max Cegielski, Wielki gracz: W losach Grąbczewskiego odnajduję zapomnianą, azjatycką część tożsamości Polaków [WYWIAD]

Kirgistan, droga na Pamir przez Dolinę Ałaju. Fot. Mikołaj Długosz
Kirgistan, droga na Pamir przez Dolinę Ałaju. Fot. Mikołaj Długosz

Poprzez losy Bronisława Grąbczewskiego odnajduję jakąś zagubioną, nawet wyśmianą część tożsamości Polaków – tę azjatycką, a nie europejską. Myślę, że odbieramy sobie ważną część dziedzictwa, patrząc wciąż na Zachód, modernizując się, ale zapominając, że przez stulecia mieliśmy silne kontakty ze Wschodem – mówi Max Cegielski. O podróży przez Litwę, Kirgistan, Pakistan, Pamir i Chiny śladami generała carskiego Bronisława Grąbczewskiego, przez Anglików uważanego za szpiega, o zdjęciach Mikołaja Długosza oraz o swojej fascynacji Wschodem opowiada dziennikarz, pisarz, autor wielu książek, m.in. o Indiach czy Pakistanie.

Piątkowy wieczór, pulsujące i mieniące się od świateł centrum miasta. Spotykamy się w jednej z licznych kawiarni na Świętokrzyskiej. Jestem za wcześnie. Jest chłodno, grzeję się przy herbacie i przyglądam cytatom, wypełniającym powierzchnię jednej ze ścian w lokalu. „Nigdy nie wiesz, czyje myśli przeżuwasz” – czytam z zainteresowaniem słowa Jamesa Joyce’a. Za chwilę zjawia się mój rozmówca i wspólnie zaczynamy przeżuwać myśli Bronisława Grąbczewskiego, postaci tak tajemniczej, że poświęcił jej uwagę sam Juliusz Verne.

Katarzyna Stańczyk: Wielki gracz to książka o Twojej podróży śladami Bronisława Grąbczewskiego przez Litwę, Kirgistan, Pakistan, Pamir, Chiny. Dlaczego wybrałeś Grąbczewskiego? Wielu innych Polaków zapisało się w historii Azji, choćby Benedykt Dybowski, Aleksander Czekawski czy Karol Bohdanowicz, którego zresztą wspominasz w książce.
Max Cegielski: Przypuszczam, że większość tych postaci, które wymieniłaś, miało interesujące życiorysy, natomiast nigdzie w Pakistanie nie zetknąłem się z ich śladami. A z Grąbczewskim – tak. Historia moich podróży do Pakistanu sięga 2000/2001 roku. Wyobraź sobie taką sytuację: przyjeżdżasz do tak małej wioski, jaką jest Mastudź i okazuje się, że tam cały czas funkcjonuje feudalny system, w którym są radżowie czyli królowie, a historie ojców i dziadów są ciągle żywe. I nagle okazuje się, że  sytuacje z XIX wieku, z okresu Wielkiej Gry, wciąż ludzi interesują. Mało tego, powodują spory. Historia ma tam znaczenie. Jest ważna.

Kiedy znalazłem w książce The Great Game Petera Hopkirka nazwisko „Gromchevsky” nie od razu skojarzyłem, że autor ma na myśli Grąbczewskiego. Dopiero później to zrozumiałem. Odnalezienie Polaka w tej imperialnej rozgrywce Wielkiej Gry okazało się fascynujące. Polska jest krajem, który wydaje się nieważny na mapie świata, a jednak wielu Polaków brało udział w różnych istotnych wydarzeniach. Grąbczewski okazał się jednym z nich. Dlatego zacząłem pisać o nim książkę.

Kiedy zacząłem czytać jego książki wydane w Polsce, okazało się, że obraz jaki pozostawił, odbiega od tego, jaki mieli Anglicy, którzy uważali go za groźnego szpiega. Jeżeli więc mamy człowieka, o którym w dwóch krajach mówi się dwie różne rzeczy, pojawia się tajemnica. Książka miała być rozwikływaniem tej tajemnicy.

Fot. Katarzyna Stańczyk

Fot. Katarzyna Stańczyk

No właśnie. W Polsce postrzegamy Grąbczewskiego jako wielkiego naukowca i odkrywcę, Anglicy sądzą, że był szpiegiem cara. Tymczasem z Wielkiego gracza wynika, że Grąbczewski we wspomnieniach kreował obraz swojej rodziny. Dokonywał wypaczeń, pomijał milczeniem niektóre fakty. Czy to oznacza, że kreował też siebie?
Wszyscy siebie kreujemy, poniekąd manipulując faktami. To, co robimy każdego dnia na Facebooku czy na Instagramie, również jest manipulacją. Napisanie CV przy składaniu podania o pracę, także jest manipulacją. Wybieramy tam przecież te fakty, które stawiają nas w najlepszym świetle. Kreujemy pewien obraz siebie i tylko my wiemy, albo i nie wiemy, w jakim stopniu jest on prawdziwy. W wypadku Grąbczewskiego odkrywanie tych różnic i tych niuansów, które świadczyły o tym, dlaczego próbował się kreować, było pasjonujące. Poświęciłem tej pracy ponad cztery lata życia. Wynikało to z tego, że im więcej czytałem, im mocniej się wgryzałem w to, co napisał i zderzałem to ze źródłami oraz z informacjami, które zdobyłem w podróży, tym mocniej się upewniałem w przeświadczeniu, że nie pisał prawdy. To udowadnianie, że jego obraz jest nieprawdziwy, niezwykle mnie wciągnęło.

Grąbczewskiemu zdarzały się oczywiście zarówno małe kłamstwa, jak i te duże. Ale choć on nie żyje od przeszło stu lat, traktowałem go tak samo jak Gabriela Rechowicza z mojej książki Mozaika, który jeszcze żył, jak ją pisałem, czyli z empatią. Nie chciałem być oskarżycielem Grąbczewskiego, nie mogłem jednak udawać, że nie widzę jego przekształceń, drobnych przesunięć akcentów i tych kluczowych, jak choćby tego dotyczącego zsyłki ojca. Mój bohater twierdził, że ojciec został zesłany na Syberię, co nam, kojarzy się z najcięższą karą dla dzielnych Polaków. Tymczasem okazało się, że wcale nie był na Syberii, ale w głębi europejskiej części Rosji. Zastanawiałem się, dlaczego Grąbczewski skłamał w tej kwestii i doszedłem do wniosku, że chciał zmiękczyć swój wizerunek i wytłumaczyć lata pracy dla carskiej Rosji. Próbował pokazać, że był bliskim współpracownikiem władcy Rosji, ale ma patriotyczny rodowód. Tak naprawdę to jest to samo, co dzieje się w tej chwili na scenie politycznej. Wielu polityków i działaczy przypisuje sobie działanie w opozycji w PRL-u. To są takie polskie kłamstwa, które są uniwersalne i trwają od dziesięcioleci.

Wracając jeszcze do tego porównania szpiega i naukowca, już same nekrologi, które ukazały się po śmierci Grąbczewskiego, były interesujące. Przedstawiały go jako polskiego naukowca, a przecież nie był ani specjalnie polski, bo nie utrzymywał w okresie wypraw żadnego kontaktu z Polską, ani nie był naukowcem. Jeździł po Azji Środkowej w mundurze wojskowym, bo takie były interesy Rosji. Na kilometr było więc widać, że jest urzędnikiem carskim. A na przykład Karol Bohdanowicz, którego wcześniej wymieniłaś, jeździł tam jako geolog, w cywilu. On z pewnością był naukowcem.

 Fot. Mikołaj Długosz

Tadżykistan, Pamir, okolice Szajmak. Fot. Mikołaj Długosz

Przez 4 lata zbierałeś materiał do tej książki między innymi na Litwie, w Pakistanie, Kirgistanie, Tadżykistanie, Chinach, próbując odtworzyć drogę Grąbczewskiego. Co Cię najbardziej zaskoczyło w czasie tej podróży?
Właściwie wszystko mnie zaskoczyło. Natrafiłem na ślad Grąbczewskiego na etapie, kiedy wyczerpywała się moja fascynacja Indiami. Zaczynałem wtedy interesować się Pakistanem i kulturą islamu. Po wydaniu książki Pijani Bogiem o islamie, miałem taki okres przestoju, w którym nigdzie nie wyjeżdżałem. Dużo za to włóczyłem się po różnych antykwariatach, ponieważ zaczęły mnie wciągać książki o podróżach. To nie były dobre książki, przeciwnie, one nawet były bardzo złe, ale świetnie pokazywały, jak rozwijały się fascynacje Europy Orientem. Tam też natrafiłem na przedwojenne wydania książek Grąbczewskiego, a później w czasie podróży mogłem porównać jego opisy z rzeczywistością. To zderzenie historii ze współczesnością mnie zafascynowało i zaskoczyło.

Najbardziej jednak zaskoczyła mnie świadomość, jak bardzo bliska jest mi i jak powinna być bliska Polakom Azja Środkowa, postrosyjska i postsowiecka. Gdy zacząłem iść śladem Grąbczewskiego, pierwszy raz w życiu pojechałem do Kirgistanu, Tadżykistanu, Uzbekistanu. Zaskoczyło mnie to, że zobaczyłem tam prawdziwy islam, który w założeniach, podobnie jak chrześcijaństwo jest religią równości. Wszyscy są równi wobec Boga, nie ma kast, które w hinduizmie są podstawą. To jest coś, z czym my w Polsce mamy problem, co widać nawet teraz w kontekście uchodźców czy wojny w Syrii. Myślimy, że islam to religia fanatyków, a tak nie jest. W Azji Środkowej czuć ten duch wspólnoty islamskiej i równości, bardziej niż w innych krajach muzułmańskich, które znałem wcześniej.

Zaskoczyło mnie też to, że ja się tam świetnie czuję. Nigdy się nie interesowałem ani Związkiem Radzieckim, ani republikami postsowieckimi. Nie pociągały mnie podróże Kapuścińskiego do walącego się imperium ani to, czym się zajmował Wojtek Jagielski na Kaukazie. Zainteresowało mnie to dopiero wtedy gdy tam pojechałem. W tym momencie jest to dla mnie najciekawszy i najlepszy do podróży i życia region świata. Oczywiście, ze wskazaniem na Kirgistan, który nie ma autorytarnych rządów jak w Uzbekistanie czy Tadżykistanie, gdzie panuje rodzaj anarchii i wolności. Jest tam odpowiednia doza islamu, odpowiednia doza postkomuny, którą my wszyscy mamy we krwi i odpowiednia szczypta kapitalistycznych przyjemności. Bardzo zaskoczyło mnie i Mikołaja Długosza to, że my natychmiast łapaliśmy kontakt z tymi ludźmi. Gdy słyszeli, że jesteśmy z Polski, traktowali nas jak swoich, jakbyśmy byli z kolejnej prowincji imperium. Rozmawialiśmy z nimi o Stadionie Dziesięciolecia, o Czterech pancernych i psie. O tym, że polskie filmy wydawały im się w latach osiemdziesiątych niesłychanie erotyczne, były powiewem wolności z Zachodu.

Fot. Mikołaj Długosz

Kirgistan, droga do Biszkeku. Fot. Mikołaj Długosz

Jak Ci się udało zorganizować tę wyprawę logistycznie? Jeździłeś tam jako  turysta?
Zawsze staram się wtopić w tłum. Nigdy nie oznajmiam, że przyjechałem napisać książkę, dopóki nie nadchodzi moment, w którym muszę o tym powiedzieć – kiedy czuję, że będę chciał coś wykorzystać i muszę być fair wobec ludzi. Nie jestem dziennikarzem newsowym, nie potrzebuję akredytacji, a mówimy o krajach gdzie nie ma wolności słowa, media mają problemy. Jednak ciągle zderzałem się z bieżącą polityką, ślady tego są w książce. Tak było na przykład w Tadżykistanie, gdy zapytałem kogoś o zamieszki, o których rok wcześniej donosiło BBC. Ten człowiek spojrzał na mnie zdziwiony i powiedział, że przebieg wydarzeń był zupełnie odwrotny niż przekazywała ta poważna stacja.

Idea tej wyprawy była nieco szalona. Sam ją sfinansowałeś?
Nie, Wielki gracz powstawał we współpracy z Narodowym Centrum Kultury. Ich wsparcie finansowe umożliwiło mi spokojną pracę. Pomogło mi też to, że fragmenty z wyprawy publikowałem w „Kontynentach”, musiałem więc co jakiś czas spisywać swoje przeżycia. Dzięki temu mogłem je uporządkować.

Relacje Grąbczewskiego z wojaży okraszone są zdjęciami. Od początku wiedziałeś, że chcesz wydać analogiczną pracę?
Tak, właściwie od początku to wiedziałem. Miałem nawet nadzieję, że w archiwach w Petersburgu zachowało się więcej oryginałów zdjęć. Okazało się jednak, że są tam głównie fotografie z Pakistanu. W pewnym momencie nawet się zastanawialiśmy, czy nie połączyć zdjęć archiwalnych ze współczesnymi, ale w końcu okazało się, że to by zaburzało wizualny porządek, kompozycję książki. Wydaje mi się, że w ostatecznej wersji słowo, obraz i koncepcja współgrają ze sobą.

Fot. Mikołaj Długosz

 Kirgistan, Biszkek, bazar Dordoi. Fot. Mikołaj Długosz

Dlaczego wybrałeś Mikołaja Długosza?
Interesuje mnie, jak my, Zachód, prezentujemy innych. To się dzieje zarówno na poziomie tekstu, jak i zdjęć. Zdarzało mi się pracować dla pism podróżniczych, kiedy fotografowie musieli fotografować ładnie zabytki a potem na przykład podkręcać je w Photoshopie. Zobaczyłem od środka jak złudna jest fotografia turystyczna, tak zwana piękna fotografia. Te wszystkie krajobrazy, ośnieżone szczyty, Kirgizi na koniach. To pułapka. W luksusowych magazynach, wypełnionych takimi zdjęciami, te światy zamieniają się w atrakcje turystyczne. Wiedziałem, że Mikołaj Długosz, jeśli trzeba, potrafi zrobić takie zdjęcia i w tej książce rzeczywiście jest ich kilka. Ale Mikołaj jest też specjalistą od fotografii powiedzmy „konceptualnej”, czyli brzydkiej fotografii. To nawet nie jest klasyczny reportaż, ale zdjęcia pokazujące estetykę, architekturę, porządek. Filtrują opowieść o rzeczywistości przez detal, szeroki plan, architekturę kontenerową bazaru czy jakieś gruzy. To takie zimne fotografie, a nie humanizm, gdzie człowiek patrzy fotografowi w oczy. Wydaje mi się, że w tych dziewięćdziesięciu kilku zdjęciach wybranych do książki udało nam się zaprezentować spectrum możliwości fotografowania tych miejsc. One się wzajemnie kontrują i dzięki temu nie popadają w żadną z tych pułapek, o których powiedziałem przed chwilą. To nie jest ani humanitaryzm, ani podkręcona egzotyka. Zdjęcia wybieraliśmy wspólnie z Przemkiem Dębkowskim z Karakteru, grafikiem i autorem całej linii wizualnej wydawnictwa. On ma ogromny dar myślenia obrazami.

Wspomniałeś o archiwach w Petersburgu. Do jak wielu dokumentów  Grąbczewskiego udało Ci się dotrzeć w Rosyjskim Towarzystwie  Geograficznym?
Szczerze mówiąc, myślałem, że będzie tego więcej. Tymczasem zachowały się głównie zdjęcia z wyprawy do Kandżutu do północnego Pakistanu oraz dzienniki wypraw. Ja miałem nadzieję, że to są właściwe notatniki z podróży, czyli zapiski najbardziej autentyczne. Coś takiego jak dziennik Bronisława Malinowskiego z Triobrandów. A okazało się, że to dziennik Grąbczewskiego przepisywany na maszynie po powrocie. Czyli już wiadomo, że autor tworzył w nim pewien wizerunek. Są tam nawet pewne fragmenty, w których próbował być literatem i one są koszmarnie pretensjonalne. Lawirował również między tematami politycznymi. Wkraczając na tereny w sferze wpływów Anglików, automatycznie stawał się szpiegiem politycznym, choć oczywiście nie mógł się do tego przyznać. Te wszystkie uwikłania już w tym tekście czuć. To zgłębianie źródeł w Petersburgu było interesujące, bo pokazywało wielopiętrowość biografii Grąbczewskiego.

Fot. Mikołaj Długosz

Kirgistan, Osz. Fot. Mikołaj Długosz

W książce wielokrotnie wspominasz o wertowaniu źródeł. Widać, że przeczytałeś ich mnóstwo: wymieniasz między innymi pamiętniki z epoki, dokumenty dotyczące Wielkiej Gry, a nawet… powstania styczniowego na Żmudzi. Jak długo przygotowywałeś się do tej podróży?
A uważasz, że jest ich za dużo i obciążają narrację?

Dla mnie nie obciążają, ale dla przeciętnego czytelnika faktycznie może być ich   dużo. Książka jest nimi mocno nasycona. Dużo książek przeczytałeś?
Dużo, ponieważ to było niezbędne. Grąbczewski pisał, że coś było białe, a ja, czytając inne źródła,  dowiadywałem się, że nie było białe, czarne, zielone, tylko różowe. Na temat Wielkiej Gry napisano mnóstwo książek i w Anglii, i w Rosji, musiałem więc je sprawdzić.

To wyglądało tak, że jechałem do Sinkiangu czy Pamiru, wracałem i wędrowałem do Biblioteki Narodowej, żeby czytać źródła. Biblioteka Narodowa to naprawdę świetna instytucja, opłacająca dostęp dla użytkowników do nieprawdopodobnych archiwów na świecie. Nie mówi się o tym głośno, a powinno, dlatego zamieściłem na końcu książki podziękowania.

To też jest ciekawe, że dotarcie do większości tych źródeł nie jest problemem. Na przykład do listów Grąbczewskiego do Francisa Younghusbanda. One w archiwach brytyjskich są, można je wirtualnie zamówić, a nikt tego nigdy nie zrobił. Grąbczewski od lat dwudziestych miał kolejne wydania, pojawiały się różne artykuły o nim i każdy powielał błędy poprzednich. Na przykład wszystkie powtarzały mit o Grąbczewskim jako synu powstańca. To pokazuje, jak łatwo mitologizujemy swoją historię, w ogóle jej nie sprawdzając. Tak samo jest zresztą w przypadku Mickiewicza.

W książce pada takie zdanie, że niezależnie od tego, ile książek przeczytasz, zawsze będziesz turystą w Azji. Brzmi to tak, jakbyś miał kompleks, że jesteś przedstawicielem państwa, które nigdy nie było imperium.
To zdanie pada w drugim rozdziale książki, właśnie we wspomnianym wcześniej w rozmowie Mastudź. Byłem tam z moim przyjacielem z Rzymu i dla miejscowego króla Imperium Rzymskie to był temat do rozmowy, poważna sprawa. Polska nic mu nie mówiła. Po północnym Pakistanie czy Indiach do dziś podróżują Anglicy, których dziadkowie czy pradziadowie podbijali te tereny, pracowali tam, mieli wpływ na ukształtowanie tego świata, czego ślady są widoczne do dziś. To w pewnym sensie usprawiedliwia młode pokolenie, daje mu pretekst do podróży, dlatego też w Anglii wciąż ukazują się książki o Wielkiej Grze, o rywalizacji z Rosją o wpływy w Azji. Ja, jako Polak, na początku myślałem, że nie mam nic wspólnego z tą XIX-wieczną epoką. Dzięki Grąbczewskiemu, którego wyprawy ukształtowały współczesny przebieg granic w Azji Środkowej, znalazłem w pewnym sensie powód do podróży po regionie. A swoją drogą, Polska w czasach Rzeczpospolitej Obojga Narodów była imperium, wielkim, drugim po Osmańskim, polska szlachta kolonizowała Kresy dokładnie tak samo jak Anglicy Indie, o czym też piszę w książce.

_DSC9687Chiny, Sinkiang, Hotan. Fot. Mikołaj Długosz

Wielki gracz wypełniony jest nie tylko cytatami, ale również aluzjami literackimi. Z Sienkiewicza, Mickiewicza, Rodziewiczówny. W czasie podróży po Litwie i Azji Środkowej szukałeś polskiego ducha?
Książka o Grąbczewskim jest trochę książką o historii idei i naszych wyobrażeń. Jadąc na Litwę, wiedziałem, że jadę tam z bagażem stereotypowych obrazów. Żeby się przebić do rzeczywistości, musiałem sobie uświadomić, jakie mam te skojarzenia. Mamy w głowie Sienkiewicza, Rodziewiczównę. Szukając informacji o Żmudzi, przewertowałem dziesiątki różnych książek o Kresach, pisanych przez różnych potomków szlachty, na przykład przez babcię byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego. To wszystko jest kontynuowaniem takiego mitu, że my wszyscy jesteśmy ze szlachty, co jest przecież ogromną bzdurą. Jesteśmy z chłopstwa, szlachty było może dwa procent, a Kresy nie były idyllą tylko piekłem.

Po lekturze Wielkiego gracza odniosłam wrażenie, że to jest książka o poszukiwaniu. Na bezdrożach Pamiru i innych zagubionych w czasie miejsc, odnajdujesz siebie?
Poszukuję jednak przede wszystkim prawdy o bohaterze, o Grąbczewskim, nie o sobie, na nim się skupiam, próbuję wyobrazić sobie Pana Bronisława w mundurze w Petersburgu i w dolinie Fergany. Jestem narratorem tej opowieści, to ja prowadzę badania w archiwach, jadę do Sinkiangu itd. ale nic więcej. Nie piszę o swoich emocjach, jak zdarzało mi się w poprzednich książkach. Natomiast rzeczywiście, poprzez losy Grąbczewskiego odnajduję jakąś zagubioną, zapomnianą, nawet wyśmianą część tożsamości Polaków – tę azjatycką, a nie europejską. Myślę, że odbieramy sobie ważną część dziedzictwa, patrząc wciąż na Zachód, modernizując się, ale zapominając, że przez stulecia mieliśmy silne kontakty ze Wschodem. W kategoriach terapeutycznych, psychologicznych to jak wypieranie jakieś części osobowości – a to bywa wręcz niebezpieczne.

W pewnym momencie w Wielkim graczu zestawiasz Grąbczewskiego z Josephem Conradem. Oczywiście, to powierzchowne porównanie, ale jednak dość smutne dla bohatera. O nim niewiele się mówi, a Conrada zna cały świat. Generał carski miał po prostu pecha?
No tak, porównuję ich w sensie biograficznym, ale tylko w tym. Wartość ich dzieł jest bowiem nieporównywalna. Józef Korzeniowski stał się Josephem Conradem, dokonał pełnej transformacji samego siebie. Jego książki do dziś są analizowane w przeróżnych kontekstach, ukazują się dziesiątki recenzji i prac krytycznych jego dzieł. Jest nawet periodyk „Conradiana”. Conrad był pisarzem, który bardzo ciekawie wyczuł tworzenie się nowoczesnego społeczeństwa, pokazywał bóle nowoczesności. I jest to pewien paradoks, ponieważ jest kojarzony głównie z literaturą geograficzną, morską. Grąbczewski natomiast nigdy do końca nie był pisarzem. Zaczął pisać dopiero u schyłku życia, ponieważ nie miał środków do życia.

Zainteresowałem się Grąbczewskim, ponieważ lubię postaci złamane – nieoczywiste. Właściwie Conrad też jest taką postacią, być może kiedyś napiszę o nim coś większego. Ale książki Grąbczewskiego są o tyle ciekawe, że są po prostu słabe. Są chaotyczne, źle zredagowane, w dodatku napisane językiem żołnierza. To mi uświadomiło, że choć książki w Polsce są w tej chwili tak źle redagowane, wydawane niechlujnie, z niestaranną korektą, to jednak nie jest to tylko problem naszych czasów. W latach dwudziestych było tak samo. Mam wrażenie, że Grąbczewskiemu brakowało dobrego redaktora, który by tę książki uporządkował. Tam jest potworny bałagan!

Fot. Mikołaj Długosz

 Chiny, Sinkiang, Hotan. Fot. Mikołaj Długosz

Faktycznie, mam jedną w domu i jest ciężka.
No właśnie. Nie dziwię się więc, że Grąbczewski został zapomniany. Natomiast rzeczywiście, jest między nimi sporo podobieństw. Grąbczewski i Conrad urodzili się w podobnym momencie, byli nawet tego samego herbu Nałęcz. Na ich życiorysach zaciążyło powstanie styczniowe. I co ciekawe, obaj są postaciami, które w tych karach nałożonych na rodziców za udział w powstaniu, odnalazły szansę na nowe życie i nową biografię. Obaj przecież uciekli z tych w Polsce zmitologizowanych zaścianków szlacheckich, w których nie było niczego: ani książek, ani życia kulturalnego, ani towarzyskiego. I ta ucieczka ich wyzwoliła. Horyzonty szlachty polskiej były przecież bardzo wąskie, zwłaszcza na Żmudzi. Wioski, w pobliżu których wychował się Grąbczewski, były położone sto kilometrów od wybrzeża Morza Bałtyckiego. A w świadomości tych ludzi ono w ogóle nie istniało! To jest w gruncie rzeczy symboliczne. Dzięki opuszczeniu zaścianków obaj dostali szansę na wolność. I skorzystali z niej, stając się ludźmi globalnymi.

Co jest też dla mnie ważne, nie chciałem w tej książce wprowadzać takiego wątku, ale może kiedyś uda mi się go rozwinąć. Nieoczywistą  postacią jest również Adam Mickiewicz, z czego mało kto zdaje sobie sprawę. W ubiegłym roku spędziłem dużo czasu w Stambule, gdzie byłem kuratorem interwencji artystycznych w Muzeum Adama Mickiewicza. Pomimo tego że on za dużo nie podróżował, to również był człowiekiem globalnym w sensie otwartości myśli. Kto dziś wie, że Mickiewicz organizował w Stambule Legion Żydowski? Albo że wydawał „Trybunę Ludu”?

Fot. Mikołaj Długosz

Tadżykistan, Pamir, okolice Murgrobu. Fot. Mikołaj Długosz

 

Studenci polonistyki muszą to wiedzieć. Nie mają wyjścia.
Pewnie też nie wszyscy. To również był Polak, który z ubogiej i prostej szlachty kresowej wzniósł się na poziom mentalny, który dla wielu z nas dzisiaj jest nie do wyobrażenia. Jemu również represje pozwoliły uciec w świat. Chodzi oczywiście o wolność idei i otwarcie umysłu. Pod tym względem ich wszystkich trzech coś łączy. Choć Conrad i Mickiewicz byli wielkimi artystami, a Grąbczewski nie był.

Zdjęcia są dopełnieniem tej książki, ale stanowią też odrębną opowieść. Na rynku mało jest takich wydań. Myślisz, że to dobry kierunek rozwoju literatury faktu?
Rzeczywiście, zdjęcia nie pełnią tylko służebnej roli wobec tekstu, są równie ważnym elementem książki. Współpraca z Mikołajem Długoszem i szacunek dla wizualności, choć nie dla klasycznego fotoreportażu jest wynikiem moich wieloletnich zainteresowań sztuką współczesną, to nie jest przypadkowe. Większość reporterów obraca się raczej w innych rejonach, ale ja nie jestem typowym reporterem. Tak jak mieszam gatunki, w Wielkim Graczu, reportaż z biografią, tak też i środki. Nie wiem czy to dobry kierunek dla literatury faktu, ale na pewno ważny dla mnie.

Max Cegielski, Mikołaj Długosz
Wielki gracz. Ze Żmudzi na dach świata
Wydawnictwo Karakter/Narodowe Centrum Kultury