Ludzie z placu Słońca Aleksandry Lipczak: portret Hiszpanii pogrążonej w kryzysie

Aleksandra Lipczak, Ludzie z placu słońca
Fot. Łukasz Stańczyk

Ludzie z placu Słońca Aleksandry Lipczak to zgrabnie napisany reportaż. Stypendystka Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego opowiada o bolączkach trapiących Hiszpanię: bezrobociu, bandyckich kredytach, braku perspektyw, wymieraniu wiosek, napływie turystów, migracji. Swoją opowieść osadza na tle najważniejszych wydarzeń ze współczesnej historii kraju: wojny domowej oraz dyktatury generała Francisco Franco. I robi to tak interesująco, że w książkę się wpada po uszy!

Aleksandra Lipczak to stypendystka Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego i stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Kilka lat mieszkała w Hiszpanii, biegle posługuje się tym językiem, porozumiewa się również w katalońskim. Na pierwszy rzut oka to może nieistotne informacje, ale warto je podkreślić, skoro coraz częściej książki wydają ludzie, którzy raz czy dwa udali się do jakiegoś kraju. Lipczak Hiszpanię kocha i to widać na każdej karcie tej krótkiej książeczki. Nie jest ona obszerna (tylko 257 stron), ale bogata w treść. I choć momentami dla mnie nierówna, to warto po nią sięgnąć.

Ludzie z placu Słońca to opowieść o współczesnej Hiszpanii, która od kilku lat stoi w rozkroku i nie wie, w którą stronę pójść. To historia Hiszpanii, która po zachłyśnięciu się kapitalizmem i wykonaniu ogromnego skoku rozwojowego, wpadła w pułapkę. Po śmierci generała Franco oszołomieni wolnością i niezależnością ludzie usiłowali nadrobić stracone lata. Szybko wprowadzano zmiany w prawie, próbując dogonić Europę. Liberalizowano ogólnie przyjęte normy społeczne, w pewnych kwestiach (np. sytuacji kobiet, która była niewiarygodna!) wychodzono ze średniowiecza. Nie trzeba było zbyt długo czekać na zagranicznych inwestorów i na to, by kraj zaczął się budować i rozwijać. Ludziom wmówiono, że mogą wszystko. Że każdy może zrealizować swoje marzenie (i podstawową potrzebę) posiadania własnego mieszkania. Choćby było wzięte na kredyt na bandyckich warunkach. Hiszpanie żyli chwilą, zachłystując się nową sytuacją. Kraj kwitł. Nowa sytuacja była idealna nie tylko dla mieszkańców, ale również dla przedsiębiorców, którzy mogli szybko dorabiać się niewiarygodnych pieniędzy. Ale bańka musiała kiedyś pęknąć.

I pękła – rozpoczął się światowy kryzys finansowy. Hiszpanie nagle przebudzili się ze snu. Gdy kolejne firmy zaczęły upadać, a bezrobocie rosło, zrozumieli, ze znaleźli się w pułapce. Nie mieli z czego spłacać kredytów. Banki bardzo szybko zaczęły przeprowadzać eksmisje – wystarczyły trzy niezapłacone raty. Ludzie lądowali na bruku, bez dachu nad głową, bez środków do życia. I bez szans na lepsze jutro.

Aleksandra Lipczak, Ludzie z placu słońca

Fot. Łukasz Stańczyk

Lipczak opowiada o tym, co się wydarzyło kilka lat temu w Hiszpanii i co dzieje się w niej obecnie. Ale pisze nie tylko o tym, co złe. Jej bohaterami są ludzie ze Stowarzyszenia Poszkodowanych przez Hipoteki, niesamowitego oddolnego ruchu społecznego, który zawiązał się, by zatrzymać masowe eksmisje. Członkowie stowarzyszenia najpierw gromadzili się przed budynkami i tworząc łańcuch ludzkich rąk, fizycznie nie wpuszczali komorników. Później zaczęli organizować spotkania dla ofiar kredytów, a ostatecznie negocjować z bankami. Wiele z tych negocjacji zakończyło się sukcesem. Banki umorzyły odsetki, pozwoliły Hiszpanom pozostać w swoich mieszkaniach w zamian za zapłatę czynszu. Takich pozytywnych historii jest więcej – choćby Ady, pierwszej w historii burmistrzyni Barcelony. Żyła na ulicy, myślała jak ulica i jako burmistrzyni zachowuje się dokładnie tak samo.

Ludzie z placu Słońca to także opis kraju, który nie potrafi rozliczyć się z własną przeszłością. Aleksandra Lipczak razem ze swoimi bohaterami poszukuje kości ich bliskich, którzy w czasie wojny domowej byli grzebani byle jak, byle gdzie. Pije wino w barze z Hiszpanami i zastanawia się, czy Katalonia powinna być niepodległa. Je z imigrantami, siedząc na ziemi pod murem w Melilli, który powstał, by utrudnić imigrantom z Afryki napływ do Europy. Odwiedza wymierające miasteczka, w których nie ma się czym zająć. Ale udaje się również do wiosek, które znalazły pomysł na to, jak poradzić sobie z kryzysem – np. udzielając ślubów homoseksualnym parom. Żyje tak jak Hiszpanie, by zrozumieć pełnię ich problemów. I to jest wielka wartość!

Aleksandra Lipczak, Ludzie z placu słońca

Fot. Łukasz Stańczyk

Dla kogo jest ta książka i czy warto po nią sięgnąć?

Dla miłośników Hiszpanii, ale również dla tych, którzy chcą dowiedzieć się na temat tego kraju czegoś więcej. Mnie osobiście najbardziej pochłonął opis sytuacji kobiet. Nie miałam pojęcia, że jeszcze w latach 60. w Hiszpanii kobiety były traktowane jak dzieci. Nie miały żadnych praw, żeby założyć konto w banku czy wyjechać w podróż musiały prosić o zgodę męża lub ojca. Za rozwód groziło więzienie. Ale tylko dla przedstawicielek płci pięknej. Niewiarygodne, że działo się w połowie XX wieku w Europie, która próbuje uchodzić za najbardziej cywilizowany kontynent.

Na wstępie napisałam, że książka jest nierówna. Niektóre rozdziały są bardzo rozbudowane (kredyty, kobiety, generał Franco), inne są zaledwie dwustronicowymi miniaturami. Przeszkadzało mi również, że autorka co jakiś czas wraca do opisywanych wcześniej tematów, powtarzając fragmenty niemal słowo do słowa. Nie lubię takich zabiegów, irytują mnie, tak jak w innych książkach opisy zdjęć, będące cytatami z tekstu. To są jednak drobne rzeczy, które niczego nie odejmują Ludziom z placu Słońca. Bardzo dobra, rzetelnie udokumentowana książka, w dodatku zgrabnie napisana. Wsiąka się w śródziemnomorski świat i niekoniecznie chce go opuścić. Patrząc na to, że to debiut Aleksandry Lipczak, możemy spodziewać się po niej jeszcze wielu znakomitych rzeczy. Polecam!

Aleksandra Lipczak, Ludzie z placu Słońca
Dowody na Istnienie, 2017

Czytaj także:

  • Świetny ten cytat z Baumana na zdjęciu. Gdy patrzę na Hiszpanię i Grecję czy wcześniej na przykład Argentynę zastanawiam się, czy dla nas tej przyjdzie taki moment. Widząc niektóre zapędy dzisiejszej władzy oraz konsumenckie wariactwo niemal wszystkich dookoła, to trudno mi o optymizm.