Jestem blondynką i czytam non-fiction. I co teraz?

Fot. Łukasz Stańczyk

Kilka dni temu przeprowadziłam burzliwą dyskusję z kolegą, który stwierdził, że reportaże pisane przez kobiety są gorsze od tych, których autorami są mężczyźni. SERIO. Nie muszę chyba szczegółowo opowiadać o swojej reakcji 😉 Natychmiast zalałam go lawiną pytań: jakim prawem tak twierdzi, co za bzdury opowiada i dlaczego szerzy tak szowinistyczne poglądy?!

Ów kolega wyciągnął podstawowy argument: bo reportaże kobiece są bardziej emocjonalne i kojarzą mu się z laniem wody. A mężczyźni, wiadomo, piszą konkretnie, dosadnie, nie zbaczają tu i ówdzie, nie silą się na budowanie rozbudowanych portretów psychologicznych.

O nie, mili państwo, nie mogłam tego tak zostawić!

Bo kobiety gorzej piszą

Zapytałam go, czy czytał książki Katarzyny Surmiak-Domańskiej, Lidii Ostałowskiej czy Małgorzaty Szejnert. Top of the top kobiecego reportażu, wierzchołek góry lodowej, bo przecież poza nimi jest masa innych utalentowanych reporterek. Trafiłam w punkt, bo właśnie był po lekturze Ku Klux Klanu. Stwierdził, że książka świetna, a autorka odwaliła kawał dobrej roboty, ale… ma wrażenie, że dopuściła się pewnych uproszczeń w podejściu do tematu. Zapytałam go: w którym miejscu? Czytałam przecież tę książkę, nie dopatrzyłam się tam żadnych uproszczeń. Okazało się, że chodziło mu o konkretne sformułowanie, którego użyła w stosunku do jednej z ofiar Ku Klux Klanu (że czarny mężczyzna miał szczęście, że zginął razem z białymi). Zaczęłam mu tłumaczyć, że chodzi o kontekst: miał szczęście w tym sensie, że dzięki temu, że zginął z białymi, ktokolwiek się o tej zbrodni dowiedział. W innym przypadku zostałaby zamieciona pod dywan. Doszliśmy do porozumienia, wyszłam z tej potyczki zwycięsko, co odnotowałam z satysfakcją 😉 Ale po tej burzliwej debacie, która kosztowała mnie dwa skoki ciśnienia i wiele głębokich oddechów, zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście kobiety piszą gorzej?

Sama jestem kobietą, więc nigdy nie będę do końca obiektywna w tej kwestii. Nie zaprzeczę, że wśród moich ulubionych autorów znajdują się mężczyźni. W ogóle przeważają w świecie reportażu. Ale kobieca szkoła reportażu ma się świetnie, autorki robią świetne i mocne teksty, w niczym nieustępujące materiałom swoich kolegów! Wystarczy wziąć do rąk „Duży Format” czy „Kontynenty”. Nie deprecjonujmy ich pracy, zwłaszcza że mają ciężej niż mężczyźni, jeśli co chwilę muszą udowadniać komuś, że potrafią pisać. Dotyczy to głównie tematów ciężkich, takich „męskich”. No bo jakże to tak: delikatne rączki i słodka buźka do takich okropieństw? Do zajmowania się imigrantami, patologią, jakimiś popaprańcami? Nie lepiej wrócić do kobiecych zajęć?

Bo kobiety czytają barachło

Właśnie. Pierwsza część była zaadresowana do męskich odbiorców (jestem ciekawa waszego zdania na ten temat – piszcie!), a z drugą zwracam się do czytelniczek. Pisanie to jedna rzecz, ale istotne jest również czytanie, czyli coś, co dotyczy większej rzeszy kobiet. Jak to jest, że kobiety, które czytają coś innego niż romanse i poradniki, muszą za każdym razem udowadniać, że potrafią zrozumieć trudniejszy tekst od harlequina? Mam na myśli oczywiście panie czytające non-fiction, ale nie tylko: są przecież świetne książki historyczne, podróżnicze, mocna proza, dobre kryminały. Książki, które mają poziom. I książki, które przecież nie są adresowane tylko do mężczyzn.

Tymczasem często bywa tak, że gdy próbuję aktywnie uczestniczyć w dyskusji w szerszym gronie i powołuję się na jakąś książkę, wzbudzam konsternację. I wiecie, to jest naprawdę bardzo zabawne 😀 Zwykle towarzyszy temu ironiczny uśmieszek pod wąsem (jeżeli takowy pan go posiada), następnie danie mi do zrozumienia, że nic nie wiem na dany temat albo… ostentacyjna zmiana kierunku rozmowy. Wiecie, może to wynika z niewiedzy tego pana właśnie 😉 Niezależnie jednak od przyczyny, w towarzystwie zawsze panuje zdziwienie. Że jakieś książki czytam (niegłupie w dodatku!) i jeszcze o nich głośno mówię! Mówić o książkach w erze YouTuberów – dziwactwo!

Zawsze w domu śmiejemy się z takich reakcji. Nie mam nic do YouTuberów ani do ludzi, których niekoniecznie ciekawią te same książki. Niemniej jednak te reakcje są bardzo ciekawe. Ciekawa jestem, czy was one również spotykają?

I na koniec historyjka:

Siedzimy w sporym gronie znajomych i nieznajomych. Przed chwilą zostałam przedstawiona pewnemu młodemu człowiekowi.
– Ty chyba dużo książek czytasz, prawda? – pyta mnie.
– Trochę czytam – odpowiadam z zaciekawieniem.
– Echh… – ciężko wzdycha ów człowiek i kręci ze smutkiem głową. – Szkoda, straszna szkoda.

Fot. Łukasz Stańczyk

  • Z tym, że reportaże pisane przez kobiety są bardziej emocjonalne, mogę się częściowo zgodzić. Trudno zresztą, żeby było inaczej, w końcu kobiety i mężczyźni mają zupełnie inną wrażliwość, przez co inaczej odbierają rzeczywistość, na inne rzeczy zwracają uwagę. Ale powiedzenie, że reportaże pisane przez kobiety są gorsze, doprowadza mnie do konsternacji. Bo co to znaczy, że są gorsze? Na jakiej podstawie ktoś określa gorszość lub lepszość czegokolwiek? Czy nie lepiej byłoby powiedzieć po prostu, że bardziej trafiają do mnie reportaże pisane przez mężczyzn, bo lubię ich konkret i język, jakim piszą, a lektura reportaży pisanych przez kobiety nie trafia do mnie, bo ja tak nie widzę świata?

    Czasami się zastanawiam, z czego wynika to wpychanie kobiecej twórczości do worka z napisem „gorsze”. Z przekonania, że kobieta nie powinna zajmować się takimi rzeczami? Że mężczyźni zrobią i robią je lepiej? Poza tym, skoro kolega uważa, że reportaże kobiet są gorsze, to z jakiego powodu je czyta? Może, zamiast deprecjonować je z marszu, bo kobiece, warto otworzyć się na lekturę i powiedzieć sobie: „no, to zobaczmy, jak ten temat widzi kobieta, ciekawe, w których momentach jej przekaz do mnie trafi, może jednak nie jesteśmy tak całkowicie z innej gliny”? Polecam koledze wypróbowanie takiego podejścia. Sam może być zdziwiony, co dzięki niemu odkryje.