Fotografie, które nie zmieniły świata Krzysztofa Millera: zamykam się w sobie i robię zdjęcia

Fot. Łukasz Stańczyk

Fotografie, które nie zmieniły świata Krzysztofa Millera to hołd złożony wielkiemu polskiemu fotoreporterowi wojennemu. To jego największe marzenie, którego za życia nie udało mu się zrealizować. Zdjęcia Millera dokumentują najważniejsze wydarzenia współczesnej historii: konflikty w Bośni, Czeczenii, Afganistanie, Gruzji, Górskim Karabachu. Zawarte jest w nich wszystko: ból, strach, cierpienie świata. Ale też nadzieja. I miłość. „Tworzenie albumu, choć wtórne do naciśnięcia przeze mnie migawki, ma sens w bezsensie tego świata” – napisał autor.

Bardzo czekałam na tę publikację. Już rok temu, gdy media obiegła szokująca i smutna wiadomość o śmierci Krzysztofa Millera, pojawiły się doniesienia, że Wydawnictwo Agora wkrótce wyda album zdjęć swojego wielkiego fotoreportera. Miller marzył o tym albumie. Rozpoczął nad nim pracę przed śmiercią, ale nie zdołał go ukończyć. Książka, którą otrzymaliśmy, jest hołdem złożonym jego pracy i pasji.

Kilka lat temu byłam na spotkaniu autorskim z Krzysztofem Millerem. Do tej pory je wspominam. Kawiarnia była wypełniona po brzegi. Wielki fotoreporter siedział w kącie w koszuli w kratkę. Spięty, poddenerwowany. Wyświetlał kolejne zdjęcia, cichym, ale donośnym głosem opowiadał o każdej fotografii. Jego wypowiedzi były poszarpane, pełne emocji, jego postawa – wycofana. Ale na sali było absolutnie cicho.

Żyliśmy jak dziennikarze. Bez przerwy, inaczej nie umieliśmy

Krzysztof Miller to jeden z największych polskich fotoreporterów. Przez ponad dwadzieścia lat jeździł po świecie, dokumentując wydarzenia współczesnej historii. Był w Bośni, Czeczenii, Afganistanie, Gruzji, Armenii, Afryce. „Gazeta Wyborcza” wysyłała go w punkty zapalne razem z Wojciechem Jagielskim. Szybko stworzyli jeden z najbardziej rozpoznawalnych duetów polskiego dziennikarstwa. Miller nazywał go „dziennikarzem”, podziwiał jego wiedzę i pamięć. Ufał mu. Wiedział, że Jagielski do każdego wyjazdu jest rzetelnie przygotowany i że informacje, które przyswoił, mogą w niebezpiecznej sytuacji uratować im życie. O swojej pracy z fotoreporterem Wojciech Jagielski wielokrotnie opowiadał w wywiadach, które miałam przyjemność z nim przeprowadzić. Przeczytacie je tutaj: Postać korespondenta wojennego to postać z kiepskiego filmu oraz tutaj Rosja rozegrała kartę syryjską po mistrzowsku.

Nie powinien więc nikogo dziwić fakt, że to Wojciech Jagielski napisał wstęp do albumu zdjęć Krzysztofa Millera. „Nie uważał dziennikarstwa za misję. Raczej za zadanie do wykonania, ale wykonania wzorowo, najlepiej jak się da. Czyli na własne oczy, z bliska, na wyciągnięcie ręki, bo inaczej w ogóle nie warto” – napisał Jagielski. To właśnie ich połączyło. Sumienność, rzetelność, stuprocentowe zaangażowanie w wykonywaną pracę.

Fotografie, które nie zmieniły świata Krzysztofa Millera: zamykam się w sobie i robię zdjęcia

Fot. Łukasz Stańczyk

Ten album ma być chaosem. I ma chaos tego świata opisać

Fotografie, które nie zmieniły świata Krzysztofa Millera to album, który nie jest ułożony chronologicznie. Znajdziemy w nim zdjęcia z różnych części świata, z wojen, z obozów uchodźców, ale i z kraju. Fotografie żołnierzy, bojowników, cierpiących cywili przeplatają się ze zdjęciami z polskich pielgrzymek, prowincjonalnych festynów, muzycznych festiwali. Takim ułożeniem zdjęć Miller chciał przekazać czytelnikowi, że życie na Ziemi jest proste. Że nie ma tu żadnej filozofii. W jednej chwili jesteśmy, a w kolejnej już nas nie ma. I tyle. I to wszystko.

Zdjęcia, które wybrał do albumu, są wstrząsające. Wielowymiarowe, można wpatrywać się w nie godzinami. Bronią się same, nie potrzeba do nich opisów, ale opowieści autora nadają temu albumowi wyrazistości i smaku. Dopiero po przeczytaniu komentarza fotoreportera można docenić ogrom jego pracy. Zdjęcia często były robione w skrajnie trudnych warunkach: w czasie ostrzału, w okopie, podczas przejmowania władzy przez uzbrojonych po zęby i podchmielonych albo naćpanych rebeliantów. W takich chwilach nie ma czasu na układanie w głowie kompozycji. Na zastanawianie się, co zawrzeć na drugim planie. Na główkowanie, jak zrobić zdjęcie tak, żeby miało drugie dno. Trzeba mieć oko. I instynkt, który pozwala naciskać spust migawki tak, by nie zmarnować ani jednej klatki. Miller to miał.

Część z tych zdjęć była zawarta w książce Trzynaście wojen i jedna. Inne można było oglądać na wystawach, z którymi podróżował po Polsce autor. Bardzo je lubił, choć przez wielokrotne opowiadanie tych samych historii, wracały do niego dawne demony. Znów lądował w okopach, znów oczy i usta zasypywał mu piasek, a serce szaleńczo kołatało ze strachu. W snach wracał na wojnę, widział dzieci umierające z głodu. Nie udało mu się uciec od tych obrazów. Tym razem demony zwyciężyły.

Fotografie, które nie zmieniły świata Krzysztofa Millera: zamykam się w sobie i robię zdjęcia

Fot. Łukasz Stańczyk

Fajną mam robotę

„Czasami nie jest łatwo. Taki zawód. Ale ten zawód to nasza pasja. I już” – napisał lakonicznie o pracy fotoreporterów wojennych. Nie lubił się nad sobą rozczulać, analizować ceny, jaką przyszło mu zapłacić za wykonywanie tego zawodu. Wyjeżdżał, bo chciał zrozumieć. Zatrzymać w kadrze choć na chwilę chaotyczny pęd świata. Pokazać w Europie z jakimi problemami, bólem, cierpieniem mierzą się ludzie na innych kontynentach. Choć nie miał złudzeń. Nie wierzył, że jego praca przyniesie jakieś efekty.

Nie mogę tym ludziom pomóc, choć wtedy byli dla mnie najważniejsi na świecie. Mogę tylko podać informacje o tym, co się z nimi dzieje. Zbulwersować świat brzydkim obrazkiem. Żeby hamburger wypadł z ręki. A flaki po warszawsku stanęły kołkiem w gardle. Tylko tyle mogę. Jeżeli komuś tym pomogę, to już na pewno nie im. Oni szansy nie mają.

Tak pisał po wizycie w obozie uchodźców „110. kilometr” w Zairze (dzisiejszym Kongo). Ulokowani w nich byli uchodźcy z Rwandy. Obóz podzielono na kilka podobozów, oddzielonych od siebie ogromnymi odległościami. Ostatni obóz położony był 110 kilometrów od miasta. Szanse jego mieszkańców na przeżycie były minimalne. Millerem wstrząsnęła wizyta w tym obozie. Po przyjeździe przeraziła go cisza. Umierający z głodu ludzie nie mieli siły, żeby wydawać z siebie jakiekolwiek dźwięki. Leżeli jeden obok drugiego. Gaśli w oczach. Świat nie umiał, nie chciał im pomóc.

Fotografie, które nie zmieniły świata Krzysztofa Millera

Jaką trzeba mieć w sobie siłę, żeby w takim miejscu zacisnąć zęby i skupić się na robocie? Żeby odsunąć na bok emocje i cykać zdjęcia klatka po klatce? Zrobił to, co miał zrobić. A później wyjechał w kolejne miejsca i kolejne dokumentować biedę, głód, cierpienie. Ale zachorował. Choroba mocno wczepiła się w jego duszę i nie chciała już jej opuścić. Ale Krzysztof Miller i tak był siłaczem i bohaterem. Mimo że nie zdawał sobie z tego sprawy.

W ostatnim pokoju siedzi dziewczynka. Przytula się plecami do ściany, bo chłodna. Głowę spuściła, ale oczy ma zaciekawione. Co wyniknie z wizyty tego wysokiego białego pana? Nic nie wyniknie. Pan wróci do kraju ze świadectwem jej, ich tragedii. Opublikuje te świadectwa w największej gazecie w swoim kraju i w największej gazecie we Francji. Biuro prasowe Wysokiego Komisarza Unii Europejskiej poprosi go o więcej świadectw, ale ich nie opublikuje. Wytłumaczy, że są zbyt drastyczne.

Czytajcie tę książkę. Oglądające zdjęcia. I pomyślcie, ile trudu, potu, łez, cierpienia zawartych jest na każdej stronie. Ile bólu.

Tylko tyle możemy zrobić.

Polecam wam również dwa filmy o Krzysztofie Millerze. Pierwszy „W oku Boga” znajdziecie w serwisie VOD, a drugi poniżej.

Krzysztof Miller, Fotografie, które nie zmieniły świata

Wydawnictwo Agora 2017

Czytaj także:

  • Pamiętam, że w „Punktach zapalnych” też wspominał o tym albumie. Dobrze, że został wydany.