Brunatna kołysanka: musicie służyć swojemu Führerowi

Fot. Łukasz Stańczyk
Fot. Łukasz Stańczyk

Brunatna kołysanka Anny Malinowskiej to wstrząsająca książka. Na temat działalności ośrodków Lebensborn, w których Niemki wydawały na świat czyste rasowo dzieci, wiadomo sporo. Ale już o wiele mniej osób wie, że w tych ośrodkach przebywały również polskie dzieci. Te, które porwano biologicznym rodzicom, bo miały blond włosy i niebieskie oczy. Świetnie nadawały się do realizacji szalonego planu, który zrodził się w chorym umyśle Himmlera. Dzieci, które pozytywnie przeszły nazistowskie badania, miały stać się Niemcami. Zapomnieć o swoim polskim pochodzeniu. Nie wiem, czy bardziej szalona jest sama idea, czy fakt, że udało się ją zrealizować.

Z polecenia Himmlera z Polski uprowadzono ponad 200 tysięcy dzieci. Tych, które miały blond włosy i niebieskie oczy, które pozytywnie przeszły badania rasowe. Naziści zabierali je od rodziców i umieszczali w ośrodkach Lebensborn. Tam miały zapomnieć, że urodziły się Polakami. Opiekunowie zmuszali je do nauki języka niemieckiego, bili za każde polskie słowo. Mieszali w głowach dzieciom do tego stopnia, że po pewnym czasie już nie wiedziały, kim właściwie są. A później oddawali je do niemieckich rodzin. Szczęście miały te, które trafiały pod dach ludzi gotowych zapewnić im prawdziwy dom. Którzy o nie dbali, przytulali, kochali i traktowali jak rodzone dzieci. Gorzej było w przypadku tych, które w niemieckich domach nie odnalazły spokoju.

Naziści dbali, by cały proceder nie ujrzał światła dziennego. Zmieniali dane osobowe dzieci, a także daty i miejsca urodzenia. Zacierali ślady, by biologiczni rodzice nie mogli odnaleźć swoich pociech. A jednak udało się odzyskać część porwanych małych Polaków. Dokonał tego Roman Hrabar, katowicki adwokat, który z ramienia polskiego rządu podróżował po Niemczech, wyszukując i przywożąc do kraju uprowadzone dzieci.

Fot. Łukasz Stańczyk

Fot. Łukasz Stańczyk

Tylko czy one jeszcze były Polakami? Mówiły po niemiecku, miały niemieckich rodziców i dziadków. Chodziły do szkoły i na lekcje baletu, jeździły na nartach, rozwijały zainteresowania. Były szczęśliwe. I nagle pojawiał się obcy pan, który mówił, że mama nie jest prawdziwą mamą, a oni nie są Niemcami tylko Polakami. I zabierał ich do obcego kraju. Kazał kochać obcych ludzi. Szczęście w nieszczęściu, gdy dziecko trafiało spowrotem do biologicznych rodziców, bo z czasem jakoś odnajdywało się w nowej sytuacji (ale książka pokazuje, że często zajmowało to lata, a wyrwa w sercu pozostawała już na zawsze). Ale bywało i tak, że dziecko trafiało do domu dziecka. Nikt na nie nie czekał, biologiczni rodzice nie żyli. Czy w takiej sytuacji zabieranie ich z kochającej, niemieckiej rodziny miało sens? Czy nie wyrządzało im więcej krzywdy, niż gdyby żyli w nieświadomości na temat swojej prawdziwej tożsamości?

Anna Malinowska, dziennikarka katowickiego oddziału „Gazety Wyborczej” nie boi się zadawać tych pytań swoim bohaterom. A są nimi 70-latkowie, którzy w dzieciństwie zostali wywiezieni do Niemiec. Mimo że minęło tyle dziesięcioleci, niektórzy z nich nadal nie wiedzą, kim właściwie są. Polakami? Niemcami? A może mają jeszcze inną narodowość?

Fot. Łukasz Stańczyk

Fot. Łukasz Stańczyk

Malinowska w Brunatnej kołysance przybliża historie kilkunastu osób. Ich życiorysy są skomplikowane i właściwie na podstawie każdego z nich można by napisać wstrząsający reportaż. Bracia bliźniacy rozdzieleni we wczesnym dzieciństwie. Dowiadują się o swoim istnieniu, gdy sami mają już dorosłe dzieci. Spotykają się, ale nie potrafią się porozumieć ani nawiązać głębszej więzi. Mężczyzna, którego wychowywano w Niemczech w przeświadczeniu o wyższości rasy niemieckiej. Gardził innymi nacjami, Polaków uważał za najgorszą słowiańską nację. I nagle dowiedział się, że sam jest Polakiem. Mężczyzna, którego w dzieciństwie matka oddała do domu dziecka. Bo na podstawie fotografii stwierdziła, że inny chłopiec jest jej prawdziwym synem. A później biologicznego syna również oddała do domu dziecka. Dwie siostry wywiezione do Niemiec i Austrii, które wróciły do Polski. Do domu, w którym czekała na nie mama i rodzeństwo, z którym nie potrafiły zamienić słowa. Bo one mówiły już tylko po niemiecku.

Książka obfituje w historie, których nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Sama jestem mamą i ciężko było mi czytać o rodzicach odrywanych od dzieci. Mam jednak wątpliwości, czy wyrywanie ich z nowego, szczęśliwego życia, z kochających niemieckich rodzin, było słuszne. Malinowska pisze, że Hrabar nie miał dylematów etycznych. Jego zadaniem było przywiezienie do kraju uprowadzonych w czasie wojny dzieci. Nie zastanawiał się nad konsekwencjami swojego postępowania, a nawet jeśli, to nie pozostawił po sobie żadnych dokumentów, z których by wynikało, że miał jakieś wątpliwości.

logoAnna Malinowska wykonała kawał porządnej roboty. Przekopała źródła, dotarła do bohaterów, odwiedziła Połczyn-Zdrój, w którym kiedyś był ośrodek Lebensbornu. Przedstawia nam dobrze udokumentowaną historię procederu, od której włos się jeży na głowie. I właściwie jedyną rzeczą, która mi przeszkadzała w tej książce, był tekst na temat Darii i Alodii Witaszek. O ich losach jako pierwszy opowiedział Włodzimierz Nowak w reportażu Obwód głowy. Rozumiem, że odzyskanie dziewczynek było największym zawodowym sukcesem Romana Hrabara, ale nie widzę sensu w opowiadaniu po raz kolejny tej samej historii. Zwłaszcza że Nowak zrobił to doskonale.

Polecam jednak sięgnąć po Brunatną kołysankę. Niesamowicie wciągającą książkę. Szkoda tylko że to, o czym opowiada, wydarzyło się naprawdę.

Anna Malinowska, Brunatna kołysanka
Wydawnictwo Agora

Czytaj także inne recenzje:

Czytaj także wywiady:

  • Też mam spore wątpliwości względem słuszności wyrywania dzieci z ich rodzin. To nie przedmioty, nie dzieła sztuki. Książka daje też na pewno dużo do myślenia o tym, jak niejednoznacznym konstruktem jest narodowość.