Bardzo martwy sezon Marcina Kołodziejczyka: Reportaże z polskiej beznadziei [RECENZJA]

Marcin Kołodziejczyk, Bardzo martwy sezon
Fot. Łukasz Stańczyk

Bardzo martwy sezon Marcina Kołodziejczyka to reportaże z Polski B, a może nawet C, D i E. Z Polski, pogrążonej w marazmie i stagnacji, która może i by chciała coś zmienić, ale już w nic nie wierzy. Bo pozostawiono ją samej sobie, bez wsparcia i bez pomocy. Ta Polska siedzi przed blokami, pije tanie wino pod sklepem, żyje z zasiłków i nie czuje się obywatelką własnego kraju.

Bardzo martwy sezon to zbiór reportaży Marcina Kołodziejczyka pierwotnie publikowanych w tygodniku „Polityka”. Zebrane w całość i wydane przez Wielką Literę stanowią zapis życia prowincji, tej, której warszawiacy i krakowianie najczęściej w ogóle nie znają. I choćby z tego powodu dobrze, że ukazują się takie książki – aby hipsterska młodzież mogła liznąć trochę prawdziwego życia. Pewnie się łudzę, że młode, internetowe pokolenie sięgnie po taką pozycję, ale jeśli zrobi to choć kilka osób, to już zadzieje się wiele dobrego.

Czytaj także: Dysforia Marcina Kołodziejczyka: W krzywym zwierciadle prosty obraz mieszczan polskich

Marcin Kołodziejczyk w tej książce jest nomadem. Przemieszcza się z miejsca na miejsce, szukając prawdziwego życia. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie znajdzie go w dużych miastach – potwierdza to jego każda kolejna książka. Trafia więc do małych nadmorskich miejscowości, wyludnionych i pustych poza sezonem turystycznym. Do wiosek, w których wciąż jeżdżą obwoźne sklepy i w których młodzież nie ma żadnych perspektyw. I choć czasem przyjedzie jakiś artysta z Warszawy z wizją animowania społeczności i pokazania jej, że sama potrafi świetnie zagospodarować swój czas i zrobić dla siebie coś dobrego, są to działania doraźne. Bo artysta w końcu wyjeżdża, a młodzież zostaje sama ze sobą i ze swoją pustką. I znów nie wie, co ma ze sobą zrobić.

Reporter zwiedza w ten sposób różne zakątki Polski: wieś Manieczki, w PRL-u znaną z muzeum Józefa Wybickiego, a współcześnie z klubu techno. Wsie tematyczne, które próbują się utrzymać, tworząc u siebie różne atrakcje turystyczne, między innymi… Hobbitowo. Kołodziejczyk zagląda również do hoteli pielęgniarskich, w których pracownice szpitali żyją w odosobnieniu i do podmiejskich pociągów, którymi klasa robotnicza codziennie dojeżdża do pracy. Pyta, dlaczego małżonkowie decydują się na granie w filmach porno i sprawdza, jak żyją bezdomni Polacy na emigracji. Wątków w tej książce jest wiele. Każdy pokazuje inną twarz codzienności, często wykrzywioną i zdeformowaną. Nie taką, jaką być powinna.

Marcin Kołodziejczyk, Bardzo martwy sezon

Fot. Łukasz Stańczyk

Być może ze względu na tę różnorodność, a może na to, że przyzwyczaiłam się już do stylu autora, Bardzo mroczny sezon mnie nie zaskoczył. Dysforia była mocniej dopracowana, powiązana tematycznie, skierowana do konkretnego odbiorcy. Tutaj otrzymujemy miks tematów, z którego wyławiamy sobie to, co nas szczególnie interesuje – niekoniecznie wszystko. Warto jednak sięgnąć po tę książkę, bo to literatura dobra i wyrazista.

Dzieje się tak przede wszystkim ze względu na język. Kołodziejczyk pisze dokładnie tak, jak nas do tego przyzwyczaił: poetycko, bawiąc się formą i konwencją. Niektóre z jego tekstów są na wskroś literackie, inne to kawał dobrego, skondensowanego reportażu. Język autora wymaga skupienia i ciągłej uwagi – dzięki temu intensywniej go przeżywamy.

Marcin Kołodziejczyk, Bardzo martwy sezon
Wydawnictwo Wielka Litera

  • Temat opuszczonych kurortów, podmiejskich miasteczek, małych wiosek, gdzie cywilizacja niespecjalnie ma po drodze bardzo mnie ciekawi. Byłam kiedyś w nadmorskiej Łebie we wrześniu, gdy wszystko było zamknięte, opuszczone, smutne. Dla stałych mieszkańców nadszedł letarg, z którego wybudzają się dopiero w okolicach maja. Na szczęście w sezonie Łeba funkcjonuje na 200 czy nawet 300%, zatem mieszkańcy mają szansę zarobić za cały rok, ale i tak jest im ciężko. A co dopiero w miejscowościach gdzie nie ma turystyki, gdzie przemysł kuleje, a mieszkańcy starzeją się.

    Wydaje mi się jednak, że w dużych miastach również możemy natknąć się na takie właściwie opuszczone osiedla, na których jedyną rozrywką jest picie piwa pod sklepem. Z tym, że na takich osiedlach łatwo wyrwać się do czegoś lepszego. Wystarczy podjechać tramwajem, przemieścić się autobusem. Jest możliwość, a jedynie brak chęci.

    „Dysforia” dopiero przede mną. Jednak bardzo przypadł mi do gustu tytuł. „Bardzo martwy sezon” brzmi troszkę tajemniczo, złowieszczo i intrygująco.

    P.S. Przepraszam, że zwracam uwagę, ale jako typowy czepialski „lokals” muszę – nie krakowiacy, a krakowianie 😉

  • Wokółfaktu.pl

    Nie ma sprawy, zaraz poprawię krakowiaków 😉 To prawda, że w mieście jest jednak inaczej z dzielnicami nędzy. Choć uciec z nich czasem jest równie ciężko jak z małych miasteczek. Jeśli ciekawi Cię temat zaniedbanych miejscowości, sięgnij po „Bolało jeszcze bardziej” Lidii Ostałowskiej. A jeśli chodzi o miasta – świetny jest „Zaduch” Marty Szarejko i wspomniana „Dysforia”. Ciekawy jest również „Król kebabów” Marty Mazuś 🙂

  • Została ostatecznie przekonana do sięgnięcia po tę książkę!