Awantura wokół Jacka Hugo-Badera

Jacek Hugo-Bader
Screen z "Dużego Formatu"

Internet wrze od czasu publikacji materiału, w którym  Jacek Hugo-Bader 11 listopada przemalował się na czarno i ruszył ulicami Warszawy, by sprawdzić, jak uczestnicy Marszu Niepodległości traktują obcych. Pojawiło się mnóstwo zarzutów: że to żenujące przebieranki, które nie przystoją reporterowi poważnego tytułu; tania prowokacja, która nic nie wniosła do tematu; że jakim prawem utożsamia się z  obcokrajowcami; padły zarzuty, czy nie mógł porozmawiać z przedstawicielami mniejszości, którzy rzeczywiście są dyskryminowani i którzy nie zmyją wieczorem swojego koloru skóry, bo to dla nich nie zabawa. Kłócą się wszyscy: wielbiciele non-fiction i zwykli obywatele, głos zabrali nawet sami reporterzy. Dyskusja przybrała ostre tony, zmierzała nawet w stronę hejtu, ale padło w niej kilka fundamentalnych kwestii. Pytanie: kto w tym sporze ma rację i czy w ogóle ktoś ją ma?

screen

Screen z fb „Dużego Formatu”

11 listopada ucharakteryzowany Jacek Hugo-Bader ruszył ulicami Warszawy (film i tekst znajdziecie tutaj). Przeszedł Most Poniatowskiego i spotkał uczestników Marszu Niepodległości. Reporter chciał sprawdzić, jak zostanie przez nich potraktowany. Efektów nietrudno się domyślić. W ciągu trzydziestu minut stał się ofiarą dwóch słownych napaści. Padły różne słowa: „w kurwę jebany Czarnuchu”, „brudasie”. Swoje przeżycia opisał w krótkim felietonie, który ukazał się na łamach „Dużego Formatu”. No i się zaczęło.

Kłócą się internauci

W internecie natychmiast zawrzało. Prowokacja dziennikarska Jacka Hugo-Badera spotkała się z dużą krytyką, na profilu „Dużego Formatu” na Facebooku wręcz z falą hejtu. Większości komentarzy nie sposób cytować, grunt, że internauci pisali, że bawi się w przebieranki, zrobił to dla poklasku i szołmeństwa, że nie traktuje obcokrajowców jak równych sobie ludzi, skoro nie dopuszcza ich do głosu. Jacek Hugo-Bader zabierał głos w tej dyskusji i odpowiadał na zarzuty, ale – powiedzmy to szczerze – dość enigmatycznie.

–  Wcale nie mam zamiaru tłumaczyć się z tej prowokacji. Istnieje powód, by pokazywać, że ludzie o innym wyglądzie w Polsce nie czują się bezpiecznie – stwierdził.

Pod tekstem pojawiło się post scriptum, w którym autor napisał: „Ten „felietonik” to produkt uboczny. Potrzebowałem tego doświadczenia do książki, którą piszę (tytuł „Audyt”). Nie planowałem tego tekstu, tyle że ktoś mnie sfotografował z Łukaszem z Olsztyna, zdjęcie obiegło internet i wszystko się wydało. Felietonem próbowałem chociaż trochę się wytłumaczyć”. Na Facebooku padały jednak inne uzasadnienia. Na pytanie, po co to zrobił, Jacek Hugo-Bader odpowiedział, że „po coś” i że do jego znajomej przyjechał w odwiedziny Hiszpan, który oznajmił, że w tym czasie nie czuje się dobrze w stolicy. Reporter chciał więc sprawdzić, czy jego obawy są bezpodstawne. Okazało się, że nie są.

– Prowokacja dziennikarska służy właśnie temu, żebyśmy trochę się pokłócili. Żebyśmy wzajemnie sobie pozarzucali, czy to nie jest za mocne, jaka była idea – powiedział Marcin Kącki.

Prowokacji w dzienikarskim świecie było wiele, autorem najbardziej znanych jest Gunter Wallraff. Ale ta konkretna prowokacja mnie nie przekonuje, bo nic nie wniosła do tematu rasizmu i dyskryminacji obcokrajowców w Polsce. Rozumiem, że dziennikarze muszą czasem chwytać się takich sposobów, zgłębić jakiś temat, przeniknąć w jakieś środowisko, ukazać prawdę. Wtedy takie zachowania są w pełni usprawiedliwione. Ale tutaj? Charakteryzacja Jacka Hugo-Badera nie pociągnęła za sobą niczego więcej poza społeczną dyskusją. Pytanie jednak, czy to dużo czy mało?

Dziś rozmawiałam na ten temat z kolegą, który zwrócił mi uwagę, że eksperyment Jacka Hugo-Badera nagłośnił temat. Na mój zarzut, że zrobili to choćby Marcin Kącki w książce Białystok. Biała siła, czarna pamięć czy Bartek Sabela w tekście „Przepraszam, gdzie tu faszyzm?” opublikowanym w „Dużym Formacie” (skądinąd świetnym, czytajcie), odpowiedział, że nikt tego tekstu nie przeczyta. A gdy ludzie zobaczą człowieka przebranego za murzyna, obejrzą film i zabiorą głos. I wtedy sobie uświadomiłam, że on ma rację. Prowokacja Jacka Hugo-Badera dotrze do innych odbiorców, do środowisk, które może niekoniecznie czytają reportaże. I w tym momencie ona już coś za sobą pociąga.

To smutne, że trzeba się uciekać do takich środków, by wywołać społeczną debatę. Ale takie mamy czasy i nic na to nie poradzimy – liczą się obrazki, krótkie formy, zwięzłe komunikaty. A tu wystarczy spojrzeć na zdjęcie i tytuł, by wiedzieć o co chodzi. I komentować. Bo tym żyje internet.

Na facebookowym profilu „Dużego Formatu” Łukasz Szamburski napisał świetny komentarz. I niech będzie on podsumowaniem tej części tekstu. Charakteryzację Jacka Hugo-Badera porównał do prowokacji Ewy Kalety, która opublikowała materiał na temat pracy sprzątaczek. Łukasz stwierdził, że „dopiero kiedy ktoś z nas, grupy uprzywilejowanej, zdecyduje się zrezygnować z tego uprzywilejowania i wcielić w wykluczonego, pokazując tym samym, że jego wykluczenie to nie kwestia jakichś jego cech tylko naszego stosunku do niego, dopiero to ludzi uderza”.

Kłócą się reporterzy

To jedna strona medalu. Druga, że w dyskusję na temat eksperymentu Jacka Hugo-Badera zaangażowali się reporterzy. Głos w tej sprawie zabrała Ludwika Włodek (reporterka), która na swoim profilu na Facebooku wyjaśniła, co jej zdaniem jest nie tak z książkami JHB. Padły dobrze znane zarzuty o plagiat (przy publikacji książki o Broad Peaku), ubarwianie rzeczywistości, wkładanie w usta bohaterów słów, których nie mogli wypowiedzieć, bo nie rozmawiali z autorem. Rozgorzała gorąca dyskusja, w której uczestnicy zastanawiali się, gdzie są granice gatunku, ile literackości jest dopuszczalne w tekście, czy reporter może nadużywać zaufania czytelnika. Przypomniało mi to dyskusję na temat Cyklonu Andrzeja Muszyńskiego. Bardzo mnie cieszy, że trwają takie debaty, uważam, że to jest wspaniałe 😉 Ale to, że w dyskusji pojawiły się inwektywy, już nie. Bo szybko zaczęto zarzucać autorce, że krytykuje reportera, nie dając mu szansy na obronę (JHB nie ma profilu na Facebooku), stawia tezy na temat pisarstwa reportera, nie pytając go o zdanie.

Głos zabrał więc Wojciech Tochman, który wystosował apel do Ludwiki Włodek, aby usunęła hejterskie komentarze i przy okazji odniósł się do sytuacji z Jackiem Hugo-Baderem. Stwierdził, że odważnie postawiła mu szereg zarzutów, do których powinien się odnieść i z którymi powinniśmy dyskutować. Ale dodał: „Post Ludwiki skierował rozmowę na lekko zjechane już tory: czy JHB opisuje świat prawdziwie, czy nieprawdziwie? On sam przecież o tym mówi.  Teraz gromy walą się jednak już nie tylko na JHB, ale na całą wyodrębnioną grupę zawodową: to reporterki i reporterzy. Sorry, nie na całą grupę, a jedynie na jej gorszą cześć, niestety odnoszącą sukcesy. A osądza ją ta lepsza, która ich nie odnosi lub odnosi mniej spektakularnie (sama na to zwraca uwagę), mimo, że uprawia naszą profesję rzetelnie, z szacunkiem dla faktów i bez specjalnego szacunku dla literackiej formy tekstów”.

Ał.

screen2

Screen z fb Wojciecha Tochmana

I rozpoczęła się już mniej merytoryczna dyskusja, do której dołączyła Miłada Jędrysik. Reporterka stwierdziła, że nie czyta polskich reportaży, bo ubarwiają one rzeczywistość. Wymieniła autorów, którzy jej zdaniem piszą rzetelnie (m.in. Magdalena Kicińska, Lidia Ostałowska, Katarzyna Surmiak-Domańska i Michał Książek). Wojciech Tochman zapytał ją, dlaczego wypowiada się więc na temat polskiego reportażu, skoro go nie czyta. Miłada Jędrysik stwierdziła, że już to wytłumaczyła, a poza tym – czyta wybiórczo. Tochman poprosił ją, żeby wypowiadała się więc na temat tego ułamka, który zna, a nie całości (swoją drogą – słusznie). Jędrysik napisała, że teraz całkiem odechciało jej się czytać. „Jestem zaskoczony Twoim poziomem argumentacji” – odpowiedział.

Ano, właśnie. Również jestem zaskoczona. Reporterzy są osobami publicznymi, opowiadaczami świata, zbierają ludzkie historie, by przekazać je dalej. Dlaczego więc pozwalają sobie na słowne przepychanki i przedszkolną argumentację w stylu „nie, bo nie”, „odechciało mi się”? Gdzie podział się elementarny szacunek do drugiej osoby, który w tym zawodzie powinien być najważniejszy?

Przykre to. Nie chcę obserwować, jak reporterzy kłócą się na oczach czytelników. Interesują mnie ich opowieści, a nie prywatne docinki. Chcę dyskutować nad ich literaturą, a nie czytać, z jaką niechęcią się o sobie wyrażają, jak się sprzeczają, kto jest bardziej doceniony, a kto mniej; kto jest lepszy, a kto gorszy.

Empatia. Klucz do tego zawodu. Gdzie się podziała?

Czytaj także:

  • Nie bez kozery od dawien dawna jestem zwolennikiem rozłączności dzieła od autora. Niestety, czasem sami autorzy bardzo to utrudniają. Ja nie interesuję się niemal wcale żywotami autorów, ale czasem siłą rzeczy wyłapuje się takie właśnie kwiatki, które nawet podświadomie potrafią mocno zniechęcić do autora i dzieł jego. Jednocześnie można polubić kogoś, kto zachowa się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, ale to z kolei podchodzi pod pogłębianie własnej bańki.